Kłusowałam sobie po pięknych terenach. Mój kochany Gifi siedział mi w grzywie i coś planował. Musiałam mu przerwać, bo zobaczyłam trzy konie. Potrząsnęłam grzywą i podbiegłam do nich.
- Witam! Jestem Karina, ale mówcie na mnie Kara. - przedstawiłam się.
- Siemanko! Jestem Eldorado, w skrócie Eldo, w bardziej skrócie El. - od razu powiedział czarny ogier.
- Cześć. Ja jestem Diosa. - uśmiechnęła się skrzydlata klacz.
- Ona jest pół-bóg! - wtrącił się El.
- Hej. Ja nazywam się Colorado. Miło mi Cię poznać Kara. - odparł gniady przywódca.
- Na niego się mówi Colo, ale jak wolisz, to możesz też Apacz! - podskoczył Elduś.
- A to jest mój przyjaciel Gifi. Jest samczykiem. - przedstawiłam ptaszka, a on aż podskoczył z radości.
Spróbowałam zaimponować Diosie swoją wiedzą o bogach.
- Tak, tak... Oprowadzić Cię?! - przerwał mi Eldorado.
- No dobrze. - uśmiechnęłam się.
Biegał sobie, krzycząc:
- Hej! Hej! A widziałaś to?!
- Widziałam. - odpowiadałam, próbując go dogonić.
- A to?! Albo tamto?!
- Też.
I tak spędziłam dosyć długi czas. Ten ogier był trochę szalony, ale jednak...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz