Szczerze powiedziawszy byłam wykończona, ale nie mogłam odmówić takiego spaceru z Colorado.
- Nie wiem, może w jakieś spokojne miejsce.
Zaproponowałam i ruszyłam za ogierem, podziwiając wszystkie tereny, które mijaliśmy. W końcu mam jakiś dom i nie muszę, się martwić o to, że dziś nie będę miała gdzie spać, co pić lub jeść. Mam nadzieję, że taki czas już nigdy nie nastąpi. Nagle doszliśmy do jakiegoś nadzwyczaj pięknego miejsca.
- Colorado, a co tutaj jest ?
piątek, 28 lutego 2014
Od Colorado C.D. Casalii (do Casalii)
- Na prawdę mam tu stado. - uśmiechnąłem się. - Nie mówiłbym o stadzie, gdybym go nie miał.
- Oczywiście, że możesz dołączyć! - krzyknął Eldorado. - Colo szuka członków, a takich już dobrze znanych jeszcze bardziej potrzebujemy!
- Eldo, proszę, ''Colorado'', lub ''Apacz''... Tylko aby nie ''Colo''. - powiedziałem.
- Dobra, Colo. A co do lekarzy, to spytaj się Colo, bo ja nie wiem. - ''zgodził się'' Eldorado...
- Oczywiście, możesz być nawet ''Głównym Uzdrowicielem''. Może oprowadzę Cię i zapoznam z pozostałymi? - zwróciłem się tym razem do Casi.
W sumie, to liczyłem na zgodę, więc stępem zacząłem iść w kierunku stada. El coś tam gadał, że zabieram mu robotę.
- Eldo, przecież Ty jesteś Trenerem Zwiadowców, a nie Przewodnikiem... Sam wybierałeś... - przewróciłem oczami.
- No to co?! A może ja oprowadzam wszystkich?!
- No to teraz masz przerwę.
- Super! Dzięki za przerwę, szefie!
Nie rozumiem tego ogiera. Teraz z radością poszedł na ''Łąkę Porannej Rosy'' żeby najeść się trawy... Dobra...
- Hmmm... Gdzie chciałabyś teraz iść, Cas? - spytałem.
- Oczywiście, że możesz dołączyć! - krzyknął Eldorado. - Colo szuka członków, a takich już dobrze znanych jeszcze bardziej potrzebujemy!
- Eldo, proszę, ''Colorado'', lub ''Apacz''... Tylko aby nie ''Colo''. - powiedziałem.
- Dobra, Colo. A co do lekarzy, to spytaj się Colo, bo ja nie wiem. - ''zgodził się'' Eldorado...
- Oczywiście, możesz być nawet ''Głównym Uzdrowicielem''. Może oprowadzę Cię i zapoznam z pozostałymi? - zwróciłem się tym razem do Casi.
W sumie, to liczyłem na zgodę, więc stępem zacząłem iść w kierunku stada. El coś tam gadał, że zabieram mu robotę.
- Eldo, przecież Ty jesteś Trenerem Zwiadowców, a nie Przewodnikiem... Sam wybierałeś... - przewróciłem oczami.
- No to co?! A może ja oprowadzam wszystkich?!
- No to teraz masz przerwę.
- Super! Dzięki za przerwę, szefie!
Nie rozumiem tego ogiera. Teraz z radością poszedł na ''Łąkę Porannej Rosy'' żeby najeść się trawy... Dobra...
- Hmmm... Gdzie chciałabyś teraz iść, Cas? - spytałem.
Od Casalii C.D. Colorado (do Colorado)
Matko, nadal w to wszystko nie wierzę, nie dość, że jest tu Colorado, to jeszcze Eldorado.
- Chłopaki, nawet nie wiecie jak się za Wami stęskniłam. - zerwałam się.- Tak, że mnie dosłownie zamurowało!
Uśmiechałam się od ucha do ucha, bo bardzo możliwe jest to, że nie będę już samotnie wędrować, tylko wreszcie dołączę do jakiegoś stada.
- Naprawdę masz tu stado ? Mogę do Was dołączyć ? Jeśli się zgodzicie, to macie już może lekarza ?
Nawijałam jak nakręcona, ale to wszystko przez te emocje... Przyjrzałam im się uważnie, niby tylko przez rok się nie widzieliśmy, ale obydwaj bardzo zmężnieli i wydorośleli. No może Colo, bo El to chyba nie spoważniał.
- Chłopaki, nawet nie wiecie jak się za Wami stęskniłam. - zerwałam się.- Tak, że mnie dosłownie zamurowało!
Uśmiechałam się od ucha do ucha, bo bardzo możliwe jest to, że nie będę już samotnie wędrować, tylko wreszcie dołączę do jakiegoś stada.
- Naprawdę masz tu stado ? Mogę do Was dołączyć ? Jeśli się zgodzicie, to macie już może lekarza ?
Nawijałam jak nakręcona, ale to wszystko przez te emocje... Przyjrzałam im się uważnie, niby tylko przez rok się nie widzieliśmy, ale obydwaj bardzo zmężnieli i wydorośleli. No może Colo, bo El to chyba nie spoważniał.
Od Colorado C.D. Casalii (do Casalii)
Już jutro jest jesień, więc postanowiłem poobserwować wiewiórki szukające orzechów. Najbardziej nadawała się do tego pewna polana. Kiedy jednak tam doszedłem, moją uwagę przykuło coś innego, niż rudy zwierzaczek. Pod drzewem drzemała sobie klacz. Na pewno kiedyś już ją widziałem...
- Casalia? - powiedziałem nieco zdziwiony.
Klacz nie odpowiadała nic, więc zrobiłem jeszcze parę kroków bliżej i spytałem nieco głośniej:
- Casalia, to Ty?
Klacz lekko kiwnęła głową.
- Cześć Cas... Pamiętasz mnie? Jestem Colorado... - przedstawiłem się niepewnie.
Casi znowu pokiwała głową. Nie rozumiem, czemu nic nie mówi...
- Casa, skoro to Ty, to miło Cię znowu widzieć. - uśmiechnąłem się.
- Cześć Cas! Colorado to teraz Colo! - wyskoczył niewiadomo skąd Eldo.
- Eee... - zacząłem. - Zrobiłem swoje stado, wiesz? Masz już może jakieś? Jak nie, to może zechciałabyś dołączyć?
- Casalia? - powiedziałem nieco zdziwiony.
Klacz nie odpowiadała nic, więc zrobiłem jeszcze parę kroków bliżej i spytałem nieco głośniej:
- Casalia, to Ty?
Klacz lekko kiwnęła głową.
- Cześć Cas... Pamiętasz mnie? Jestem Colorado... - przedstawiłem się niepewnie.
Casi znowu pokiwała głową. Nie rozumiem, czemu nic nie mówi...
- Casa, skoro to Ty, to miło Cię znowu widzieć. - uśmiechnąłem się.
- Cześć Cas! Colorado to teraz Colo! - wyskoczył niewiadomo skąd Eldo.
- Eee... - zacząłem. - Zrobiłem swoje stado, wiesz? Masz już może jakieś? Jak nie, to może zechciałabyś dołączyć?
czwartek, 27 lutego 2014
Od Casalii (do Colorado)
Podczas długiej, samotnej wyprawie doświadczyłam wielu nieprzyjemnych rzeczy... W sumie traciłam już nadzieję, że los się do mnie odwróci i spotka mnie coś miłego... Wyczerpana szukałam jakiegoś miejsca, w którym mogłabym się zdrzemnąć i choć trochę odpocząć. Ujrzałam jakąś ładną polanę i udałam się w jej kierunku. Gdy byłam na miejscu od razu położyłam się pod drzewami, a moją uwagę przykuła wiewióreczka, która bardzo zręcznie biegała po drzewie. Nim się obejrzałam zostałam porwana do krainy snów.
Śnił mi się tamten bardzo nieprzyjemny dzień, w którym po raz ostatni widziałam tego ogiera... Byłabym w stanie oddać wszystko za informacje o tym, że on jeszcze żyje...
Wiem, że liczenie na miłość, która raczej nie zostanie odwzajemniona to bardzo dziecinne, ale nic nie poradzę... to niestety jest silniejsze ode mnie...
Nagle tak jakby przez mgłę usłyszałam czyjś bardzo dobrze zanany mi głos. Lekko uchyliłam oczy i nie wierzyłam w to co widzę. Potrząsnęłam głową aby upewnić się, iż nie jest to sen. Matko... to działo się naprawdę.
Dotarło teraz do mnie po raz któryś z kolei wypowiedziane słowo, ale dosłownie zaniemówiłam nie byłam w stanie wydusić z siebie nic.
Śnił mi się tamten bardzo nieprzyjemny dzień, w którym po raz ostatni widziałam tego ogiera... Byłabym w stanie oddać wszystko za informacje o tym, że on jeszcze żyje...
Wiem, że liczenie na miłość, która raczej nie zostanie odwzajemniona to bardzo dziecinne, ale nic nie poradzę... to niestety jest silniejsze ode mnie...
Nagle tak jakby przez mgłę usłyszałam czyjś bardzo dobrze zanany mi głos. Lekko uchyliłam oczy i nie wierzyłam w to co widzę. Potrząsnęłam głową aby upewnić się, iż nie jest to sen. Matko... to działo się naprawdę.
Dotarło teraz do mnie po raz któryś z kolei wypowiedziane słowo, ale dosłownie zaniemówiłam nie byłam w stanie wydusić z siebie nic.
Od Kariny C.D. Colorado
Kłusowałam sobie po pięknych terenach. Mój kochany Gifi siedział mi w grzywie i coś planował. Musiałam mu przerwać, bo zobaczyłam trzy konie. Potrząsnęłam grzywą i podbiegłam do nich.
- Witam! Jestem Karina, ale mówcie na mnie Kara. - przedstawiłam się.
- Siemanko! Jestem Eldorado, w skrócie Eldo, w bardziej skrócie El. - od razu powiedział czarny ogier.
- Cześć. Ja jestem Diosa. - uśmiechnęła się skrzydlata klacz.
- Ona jest pół-bóg! - wtrącił się El.
- Hej. Ja nazywam się Colorado. Miło mi Cię poznać Kara. - odparł gniady przywódca.
- Na niego się mówi Colo, ale jak wolisz, to możesz też Apacz! - podskoczył Elduś.
- A to jest mój przyjaciel Gifi. Jest samczykiem. - przedstawiłam ptaszka, a on aż podskoczył z radości.
Spróbowałam zaimponować Diosie swoją wiedzą o bogach.
- Tak, tak... Oprowadzić Cię?! - przerwał mi Eldorado.
- No dobrze. - uśmiechnęłam się.
Biegał sobie, krzycząc:
- Hej! Hej! A widziałaś to?!
- Widziałam. - odpowiadałam, próbując go dogonić.
- A to?! Albo tamto?!
- Też.
I tak spędziłam dosyć długi czas. Ten ogier był trochę szalony, ale jednak...
- Witam! Jestem Karina, ale mówcie na mnie Kara. - przedstawiłam się.
- Siemanko! Jestem Eldorado, w skrócie Eldo, w bardziej skrócie El. - od razu powiedział czarny ogier.
- Cześć. Ja jestem Diosa. - uśmiechnęła się skrzydlata klacz.
- Ona jest pół-bóg! - wtrącił się El.
- Hej. Ja nazywam się Colorado. Miło mi Cię poznać Kara. - odparł gniady przywódca.
- Na niego się mówi Colo, ale jak wolisz, to możesz też Apacz! - podskoczył Elduś.
- A to jest mój przyjaciel Gifi. Jest samczykiem. - przedstawiłam ptaszka, a on aż podskoczył z radości.
Spróbowałam zaimponować Diosie swoją wiedzą o bogach.
- Tak, tak... Oprowadzić Cię?! - przerwał mi Eldorado.
- No dobrze. - uśmiechnęłam się.
Biegał sobie, krzycząc:
- Hej! Hej! A widziałaś to?!
- Widziałam. - odpowiadałam, próbując go dogonić.
- A to?! Albo tamto?!
- Też.
I tak spędziłam dosyć długi czas. Ten ogier był trochę szalony, ale jednak...
niedziela, 23 lutego 2014
Od Colorado C.D. Diosa (do Kariny)
Wszedłem sobie w drzewa i zacząłem zwiedzać. Spacerowałem coraz dalej i dalej, gdy nagle usłyszałem krzyk Eldo. Wołał mnie, więc zawróciłem.
Zaśmiałem się na widok Eldo i Diosy. Klacz tłumaczyła, że jak jestem daleko, to nie usłyszę wołania, a ogier twierdził, że muszę usłyszeć, bo mówi głośno.
- Gdzie byłeś Colorado? - spytała Dina.
- Spacerowałem sobie wśród drzew. - uśmiechnąłem się lekko.
- Prawda, że słyszałeś moje wołanie? - dopytywał się El.
- Tak, słyszałem.
- Mówiłem! - skoczył z radości.
- Ale... - zacząłem.
- Co ale?!
- Ale jak byłbym daleko, to bym nie usłyszał.
Eldo zrobił się trochę smutny. Postanowiłem go rozweselić:
- Dobrze jednak, że zawołałeś. Gdybyś nie krzyknął, to bym nie przyszedł. Byłem w lesie i nie wiedziałem, gdzie jesteście. Jeszcze byście się zgubili szukając prerii.
Rozchmurzył się trochę po czym dodał:
- Ścigamy się?
- Heh... Spytaj się Diosy. - zaśmiałem się.
- Dina, ścigamy się? - zapytał klaczy.
- Ona to Dina? - zdziwiłem się.
- Od teraz. - oznajmił.
- Ale ja... Ja nie mogę... - odpowiedziała.
- Czemu? - spytał smutnym głosem.
- Ponieważ dostałam od mego ojca prędkość światła i boję się, że jej użyje. Nie umiem nad nią panować.
- No to taki wolny galop, może być? - spytał z nadzieją.
- Postaram się. - uśmiechnęła się.
Mieliśmy już zacząć biec, gdy tu nagle zza górek wyszła klacz. To już drugi raz tego dnia, ktoś nam przerywa wyścig. Heh... Może dołączy...
Zaśmiałem się na widok Eldo i Diosy. Klacz tłumaczyła, że jak jestem daleko, to nie usłyszę wołania, a ogier twierdził, że muszę usłyszeć, bo mówi głośno.
- Gdzie byłeś Colorado? - spytała Dina.
- Spacerowałem sobie wśród drzew. - uśmiechnąłem się lekko.
- Prawda, że słyszałeś moje wołanie? - dopytywał się El.
- Tak, słyszałem.
- Mówiłem! - skoczył z radości.
- Ale... - zacząłem.
- Co ale?!
- Ale jak byłbym daleko, to bym nie usłyszał.
Eldo zrobił się trochę smutny. Postanowiłem go rozweselić:
- Dobrze jednak, że zawołałeś. Gdybyś nie krzyknął, to bym nie przyszedł. Byłem w lesie i nie wiedziałem, gdzie jesteście. Jeszcze byście się zgubili szukając prerii.
Rozchmurzył się trochę po czym dodał:
- Ścigamy się?
- Heh... Spytaj się Diosy. - zaśmiałem się.
- Dina, ścigamy się? - zapytał klaczy.
- Ona to Dina? - zdziwiłem się.
- Od teraz. - oznajmił.
- Ale ja... Ja nie mogę... - odpowiedziała.
- Czemu? - spytał smutnym głosem.
- Ponieważ dostałam od mego ojca prędkość światła i boję się, że jej użyje. Nie umiem nad nią panować.
- No to taki wolny galop, może być? - spytał z nadzieją.
- Postaram się. - uśmiechnęła się.
Mieliśmy już zacząć biec, gdy tu nagle zza górek wyszła klacz. To już drugi raz tego dnia, ktoś nam przerywa wyścig. Heh... Może dołączy...
Od Diosy C.D. Colorado (do Colorado)
Bardzo miły ogier opisywał mi wszystko dookoła. Ten drugi został, powiedział że musi coś załatwić. Eldo zaproponował kłus. Zgodziłam się, po czym się zapytałam:
- Skąd się znacie i dlaczego jesteście tylko we dwoje?
- Yyym... Trudne pytanie... - zaczął. - Znamy się od źrebaka. Mieszkaliśmy w tym samym stadzie. Jednak kiedy przyszli dziwni ludzie, to stado uciekło. Każdy wiał gdzie indziej i tak zostałem sam. Przez długi czas chodziłem sobie, aż pewnego dnia spotkałem Colo. Powiedział, że zakłada swoje, nowe stado. Dołączyłem wtedy ja. Było to chyba dwa dni temu. Dzisiaj dołączyłaś Ty.
- O... Ja nigdy nie miałam ani nie byłam w stadzie. - Posmutniałam.
- Ale Ty masz lepiej... Widziałaś bogów... Ja nigdy... A teraz jesteś w stadzie. - próbował mnie pocieszyć.
- Ale to nie to samo. Oni są ciągle zajęci! Jedynie Aqua, która mnie wychowała, miała czas.
- Jakoś żyjesz i masz się dobrze. Do stada dołączyłaś. Masz teraz mnie. Ja mam czas zawsze. - ciągle próbował. Chyba mu się udało .
- Polubiłam Cię. Dziękuję że mnie chciałeś oprowadzić. Jest tu gdzieś w pobliżu woda? - Powiedziałam już rozweselona
- Jest... - zaczął niepewnie. - Chyyba... Tam. - uśmiechnął się. - Tam jest wodospad i jezioro. Takie oczko wodne.
- Idziemy się wykąpać ? Proszę, chodźmy! - Starałam się go namówić.
- Oczywiście! Ja kocham pływać! Chyba...
- To choć! - Zaczęłam wolno galopować, a ogier za mną. Weszliśmy do wody. Była cudowna.
- Wow, wow, wow! Kocham pływać! Nawet nie wiedziałem. - spróbował zanurkować, ale uderzył głową o podłoże. - Ałć! Może jednak nie...
- Tu jest za płytko. Nie ma szans na nurkowanie. Wracamy już? Colorado jest sam... - Martwiłam się trochę.
- Wiem. Czemu tu jest za płytko?! O.. No tak... Możemy wracać... - oznajmił.
Wyszłam z wody, otrzepałam się. Eldo próbował jeszcze nurkować, ale widocznie mu się znudziło. Dotarliśmy na miejsce, a Colorada dalej nie było...
- Hmmm... Założę się, że poszedł do trawy. Znaczy, ja bym tam poszedł gdyby mnie nie było.
- Dobrze, to w takim razie prowadź. Ja bym poszła na prerię. Może poszedł do swojego Chibi?
- Uuu... Możliwe... Sam już nie wiem... Poczekaj, zawołam go i powie, gdzie poszedł. - powiedział, po czym zaczął krzyczeć. - COLO! GDZIE TY JESTEŚ! POWIEDZ NAM, TO PÓJDZIEMY DO CIEBIE!
- Eh... Nie sądzisz, że jak jest daleko to Cię nie usłyszy?! - Powiedziałam nieco zpeszona.
- Serio? Myślałem, że jak go wołam, to słyszy... - zdziwił się.
- Prowadź na tą prerię.
- Ale ja tam nie byłem jeszcze... Colo! Gdzie jest preria?! - znowu krzyczał.
Trudno się dogadać z takim osobnikiem. Usłyszałam cichy śmiech za nami. Okazało się, że Colorado tam stoi i się śmieje.
- Emmm ... Eldorado odwróć się .
- Mówiłem, że usłyszy! Cześć Colo. Przyszedłeś już. - powiedział odwracając się.
- Gdzie byłeś Colorado ? - Zapytałam.
Od Colorado C.D. Diosa (do Diosy)
Następnego dnia obudziłem się na miękkiej, mechowatej trawie. Eldo obudził się trochę wcześniej i hasał po łące, lecz kiedy zobaczył, że nie śpię podbiegł do mnie.
- Witaj El. - przywitałem się.
- Siemka Colo. - odpowiedział żartem.
- To moja nowa ksywa? - zdziwiłem się.
W starym stadzie, tym z Indianami, miałem przezwisko Apacz. El mówił, żeby nie wracać już do przeszłości. On jest Eldo, więc ja będę Colo. I mam mu nie zmieniać.
- Suuuper... - zacząłem.
- Ścigamy się? - zaproponował.
- No dobra. - uśmiechnąłem się.
Mieliśmy już zacząć biec, gdy nagle zza pagórka zaczęła wychodzić śliczna klacz.
- Cześć, jestem Diosa. - przedstawiła się.
- Siemka, ja jestem Eldorado. W skrócie Eldo. W bardziej skrócie El. - od razu powiedział mój ''Doradca''
- Witaj. Nazywam się Colorado... - zacząłem.
- Ale mówi się na niego Colo lub Apacz. - przerwał mi El.
- Ty jesteś córką boga Viento, tak? - dokończyłem.
Przypomniał mi się sen, Viento i niezwykła klacz, która miała dołączyć do stada. Diosa nie była zwykła, miała skrzydła.
- Ona jest bogiem?! - krzyknął zdziwiony Eldo, co mnie wcale nie zaskoczyło.
- Tak jestem córką boga, ale... Nie zupełnie biorę to pod uwagę.
- Rozumiem. - uśmiechnąłem się miło. - Co tu robisz?
- Szukam stada, do którego mogłabym dołączyć... Aqua jest bardzo zajęta i już nie ma czasu na mnie...
- Spoko! Możesz zostać tutaj! Prawda Colo?! - skakał wesoły ogier.
- Tak. Oczywiście. - powiedziałem, a na mojej twarzy pojawił się uśmiech.
- Dziękuję! Aaa... Zapomniałabym. To jest Minx. - Klacz podniosła skrzydła, ukazując małego stworka z kolorową czupryną.
- O... Masz Chibi... - spojrzałem na kudłatą kuleczkę ze skrzydełkami.
- Jaki on superaśny... - Eldo też się przypatrywał.
- Tak, Chibi są darem od bogów. Są przewodnikami, znaczy tak nazywają je bogowie. Też masz swojego małego kumpla? - Uśmiechnęła się.
- Ja mam takiego jednego, ale... On woli mieszkać na prerii. - oznajmiłem.
- Jest tu preria?! I jakieś Chibi macie?! Czemu ja nic nie wiem?!
- Nie martw się, każdy koń w końcu znajduje swojego Chibi. Nawet bogowie je mają!
- Aha... Oprowadzić Cię? - wyskoczył nagle z tematem Eldorado.
- Chętnie. - Uśmiechnęła się po czym dorównała kroku Eldoradowi.
Poszli sobie gdzieś. Chyba na prerię, bo pokazałem Eldowi kierunek. Kazałem im pozdrowić Rafikiego.
- Witaj El. - przywitałem się.
- Siemka Colo. - odpowiedział żartem.
- To moja nowa ksywa? - zdziwiłem się.
W starym stadzie, tym z Indianami, miałem przezwisko Apacz. El mówił, żeby nie wracać już do przeszłości. On jest Eldo, więc ja będę Colo. I mam mu nie zmieniać.
- Suuuper... - zacząłem.
- Ścigamy się? - zaproponował.
- No dobra. - uśmiechnąłem się.
Mieliśmy już zacząć biec, gdy nagle zza pagórka zaczęła wychodzić śliczna klacz.
- Cześć, jestem Diosa. - przedstawiła się.
- Siemka, ja jestem Eldorado. W skrócie Eldo. W bardziej skrócie El. - od razu powiedział mój ''Doradca''
- Witaj. Nazywam się Colorado... - zacząłem.
- Ale mówi się na niego Colo lub Apacz. - przerwał mi El.
- Ty jesteś córką boga Viento, tak? - dokończyłem.
Przypomniał mi się sen, Viento i niezwykła klacz, która miała dołączyć do stada. Diosa nie była zwykła, miała skrzydła.
- Ona jest bogiem?! - krzyknął zdziwiony Eldo, co mnie wcale nie zaskoczyło.
- Tak jestem córką boga, ale... Nie zupełnie biorę to pod uwagę.
- Rozumiem. - uśmiechnąłem się miło. - Co tu robisz?
- Szukam stada, do którego mogłabym dołączyć... Aqua jest bardzo zajęta i już nie ma czasu na mnie...
- Spoko! Możesz zostać tutaj! Prawda Colo?! - skakał wesoły ogier.
- Tak. Oczywiście. - powiedziałem, a na mojej twarzy pojawił się uśmiech.
- Dziękuję! Aaa... Zapomniałabym. To jest Minx. - Klacz podniosła skrzydła, ukazując małego stworka z kolorową czupryną.
- O... Masz Chibi... - spojrzałem na kudłatą kuleczkę ze skrzydełkami.
- Jaki on superaśny... - Eldo też się przypatrywał.
- Tak, Chibi są darem od bogów. Są przewodnikami, znaczy tak nazywają je bogowie. Też masz swojego małego kumpla? - Uśmiechnęła się.
- Ja mam takiego jednego, ale... On woli mieszkać na prerii. - oznajmiłem.
- Jest tu preria?! I jakieś Chibi macie?! Czemu ja nic nie wiem?!
- Nie martw się, każdy koń w końcu znajduje swojego Chibi. Nawet bogowie je mają!
- Aha... Oprowadzić Cię? - wyskoczył nagle z tematem Eldorado.
- Chętnie. - Uśmiechnęła się po czym dorównała kroku Eldoradowi.
Poszli sobie gdzieś. Chyba na prerię, bo pokazałem Eldowi kierunek. Kazałem im pozdrowić Rafikiego.
sobota, 22 lutego 2014
Od Diosy (do Colorado)
Spacerowałam sobie z Minx. Chodziłam sobie bez celu. Nie zamierzałam szukać stada, choć bardzo brakowało mi koni. Mój Chibi zaproponował, żebyśmy oglądali wszystko z góry. Wzbiłam się w powietrze, a zmęczona Minx ułożyła mi się na grzbiecie.
Leciałam tak, aż coś przykuło moją uwagę. Zauważyłam dwa konie, leżące koło siebie. Nie chciałam ich budzić, więc położyłam się na skalnej półce niedaleko.
Rano poczułam dziwne łaskotanie. To Minx próbowała mnie obudzić, bo konie już wstały. Podniosłam się i powoli zeszłam na dół.
Nigdy się nie krępowałam, więc od razu podeszłam. Przedstawiłam się:
- Cześć, jestem Diosa. - Powiedziałam czekając na odpowiedź.
Od Colorado
Rano Eldo poszedł na ''Łąkę Porannej Rosy'', żeby najeść się świeżej trawy. Poinformował mnie o tym, żebym się nie martwił. Oznajmiłem, że nie będę, ale żeby nie odchodził za daleko od terenów.
Skubałem sobie trawę w cieniu dębów, gdy nagle przypomniałem sobie o Rafikim. Usnął ze mną przedwczoraj na prerii i od tamtego czasu już go nie było. Pobiegłem na ''Pustkowie Smauga'' i zacząłem nerwowo szukać Chibika.
''Jak ja mogłem go zgubić?! Jak?!'' - plątały mi się myśli.
Kiedy po raz czwarty przeszukiwałem okolice miejsca, w którym wtedy spałem usłyszałem głos:
- Hej koniku! Co tam u Ciebie?!
Odwróciłem się i zobaczyłem jego. Był całkiem w dobrym nastroju.
- Dziękuję, że mnie tu przyprowadziłeś. Bardzo mi się tu spodobało i postanowiłem zamieszkać. - skakał wesoło.
- Uff... Myślałem, że gdzieś się zgubiłeś.
- Chibiki mają moc telepatii z właścicielem. Gdyby mi coś było, to bym zawołał.
- To fajnie, a... - zacząłem.
Wtedy przerwał mi głos w głowie. Był to Rafiki. Zrozumiałem wiadomość, brzmiała:
''Czy Ty - Apacz, przewieść ja - Rafiki, na grzbiet po preria.''
- Mogę Cię przewieść. - uśmiechnąłem się lekko.
- Widzisz. Telepatia działa. - pisnął i wskoczył mi na plecy.
Przewiozłem go trochę, a po otrzymaniu wiadomości telepatycznej, żebym go postawił, stanąłem. Kiedy Rafiki zeskoczył oznajmiłem, żeby telepatii używał tylko w koniecznych przypadkach.
- Dobra, bobra. Oki, doki. - powiedział i skakał przed siebie.
Przechyliłem nieco zdziwiony łeb, żeby popatrzeć jak w mgnieniu oka zakopuje się pod ziemią. Ale on ma szybkie łapki!
Spokojnym kłusem wróciłem na łąkę.
- Witaj Eldo. Jak trawa?
- Przepyszna... Co robiłeś cały dzień?
- Spotkałem się ze znajomym.
- Jakim?
- Nie powiem. - zażartowałem.
- No weź! Jakim? Powiedz! No powiedz! Kto to był?! - niecierpliwił się.
- Nie znasz.
- A może znam?! No weź...
- Rafiki. - usiadłem w cieniu drzewa.
- Yyym... No to nie znam. Ale poznasz mnie z nim, prawda? - zapytał z nadzieją.
- Oczywiście. A co powiesz teraz na małe wyścigi?
- TAK! - ucieszył się i chyba zapomniał o wcześniejszej rozmowie.
Biegaliśmy sobie do wieczora. Potem razem usnęliśmy na ''Wzgórzach Złocistej Szarfy''. Na kolację zjedliśmy trochę szorstkiej, mechowatej trawy. Też jest bardzo pyszna...
Skubałem sobie trawę w cieniu dębów, gdy nagle przypomniałem sobie o Rafikim. Usnął ze mną przedwczoraj na prerii i od tamtego czasu już go nie było. Pobiegłem na ''Pustkowie Smauga'' i zacząłem nerwowo szukać Chibika.
''Jak ja mogłem go zgubić?! Jak?!'' - plątały mi się myśli.
Kiedy po raz czwarty przeszukiwałem okolice miejsca, w którym wtedy spałem usłyszałem głos:
- Hej koniku! Co tam u Ciebie?!
Odwróciłem się i zobaczyłem jego. Był całkiem w dobrym nastroju.
- Dziękuję, że mnie tu przyprowadziłeś. Bardzo mi się tu spodobało i postanowiłem zamieszkać. - skakał wesoło.
- Uff... Myślałem, że gdzieś się zgubiłeś.
- Chibiki mają moc telepatii z właścicielem. Gdyby mi coś było, to bym zawołał.
- To fajnie, a... - zacząłem.
Wtedy przerwał mi głos w głowie. Był to Rafiki. Zrozumiałem wiadomość, brzmiała:
''Czy Ty - Apacz, przewieść ja - Rafiki, na grzbiet po preria.''
- Mogę Cię przewieść. - uśmiechnąłem się lekko.
- Widzisz. Telepatia działa. - pisnął i wskoczył mi na plecy.
Przewiozłem go trochę, a po otrzymaniu wiadomości telepatycznej, żebym go postawił, stanąłem. Kiedy Rafiki zeskoczył oznajmiłem, żeby telepatii używał tylko w koniecznych przypadkach.
- Dobra, bobra. Oki, doki. - powiedział i skakał przed siebie.
Przechyliłem nieco zdziwiony łeb, żeby popatrzeć jak w mgnieniu oka zakopuje się pod ziemią. Ale on ma szybkie łapki!
Spokojnym kłusem wróciłem na łąkę.
- Witaj Eldo. Jak trawa?
- Przepyszna... Co robiłeś cały dzień?
- Spotkałem się ze znajomym.
- Jakim?
- Nie powiem. - zażartowałem.
- No weź! Jakim? Powiedz! No powiedz! Kto to był?! - niecierpliwił się.
- Nie znasz.
- A może znam?! No weź...
- Rafiki. - usiadłem w cieniu drzewa.
- Yyym... No to nie znam. Ale poznasz mnie z nim, prawda? - zapytał z nadzieją.
- Oczywiście. A co powiesz teraz na małe wyścigi?
- TAK! - ucieszył się i chyba zapomniał o wcześniejszej rozmowie.
Biegaliśmy sobie do wieczora. Potem razem usnęliśmy na ''Wzgórzach Złocistej Szarfy''. Na kolację zjedliśmy trochę szorstkiej, mechowatej trawy. Też jest bardzo pyszna...
Od Colorado C.D. Eldorado
Oprowadziłem go po terenach, które do tej pory zdołałem zwiedzić i trochę dalej. Za każdym razem wymyślałem na szybko jakieś nazwy. Nie wiem, czy wyszły, ale przynajmniej coś tam mówiłem. Chyba nie jest tak bardzo źle...
Eldo był podekscytowany widokami. Nie starczyło jednak całego dnia na dokładne zwiedzanie. Poobserwuje sobie jeszcze kiedyś...
- A co tam jest?! - pytał ciągle, chcąc iść dalej.
- Sam nie wiem, zobaczymy jutro. - odpowiadałem niechętnie.
Pobiegałem wprawdzie po okolicy, ale nie potrafiłem wszystkiego dokładnie opisać.
Kiedy przyszedł już wieczór, trzeba było pomyśleć o czymś do spania. Ja bym z chęcią spał na ''Pustkowiu Smauga'', ale czy Eldo też by chciał?
- Eldorado? - zacząłem spokojnie.
- Tak? - pod kłusował bliżej.
- Pójdziemy już spać? - spytałem.
- Dobra. A gdzie?
- Yyym... Może na ''Polanie Rudej Wiewiórki? - rozmyśliłem się z prerii.
El chciałby, żebym go oprowadził po Pustkowiu, gdyż jeszcze tam nie byliśmy. Tą polanę zwiedziliśmy na początku, więc nie byłoby problemu. Byłem zmęczony, więc szedłem stępem, ale Eldorado biegał sobie po terenach. Oczywiście trzymał się niedaleko mnie.
- Eldo, czy ty nie jesteś zmęczony? - ziewnąłem, gdy byliśmy już na miejscu.
- Wiesz co. Bo właśnie nie. Sam jestem zdziwiony.
Jednak usnął szybko, tak samo jak ja. Miałem sen. Tierra powiedziała mi, że każdy koń, który dołączy do stada zyska jakieś moce. Potem pojawił się Viento i Aqua. Oznajmili, że zmierza w tą stronę nadzwyczajna klacz. Ciekawe, kiedy przyjdzie.
Eldo był podekscytowany widokami. Nie starczyło jednak całego dnia na dokładne zwiedzanie. Poobserwuje sobie jeszcze kiedyś...
- A co tam jest?! - pytał ciągle, chcąc iść dalej.
- Sam nie wiem, zobaczymy jutro. - odpowiadałem niechętnie.
Pobiegałem wprawdzie po okolicy, ale nie potrafiłem wszystkiego dokładnie opisać.
Kiedy przyszedł już wieczór, trzeba było pomyśleć o czymś do spania. Ja bym z chęcią spał na ''Pustkowiu Smauga'', ale czy Eldo też by chciał?
- Eldorado? - zacząłem spokojnie.
- Tak? - pod kłusował bliżej.
- Pójdziemy już spać? - spytałem.
- Dobra. A gdzie?
- Yyym... Może na ''Polanie Rudej Wiewiórki? - rozmyśliłem się z prerii.
El chciałby, żebym go oprowadził po Pustkowiu, gdyż jeszcze tam nie byliśmy. Tą polanę zwiedziliśmy na początku, więc nie byłoby problemu. Byłem zmęczony, więc szedłem stępem, ale Eldorado biegał sobie po terenach. Oczywiście trzymał się niedaleko mnie.
- Eldo, czy ty nie jesteś zmęczony? - ziewnąłem, gdy byliśmy już na miejscu.
- Wiesz co. Bo właśnie nie. Sam jestem zdziwiony.
Jednak usnął szybko, tak samo jak ja. Miałem sen. Tierra powiedziała mi, że każdy koń, który dołączy do stada zyska jakieś moce. Potem pojawił się Viento i Aqua. Oznajmili, że zmierza w tą stronę nadzwyczajna klacz. Ciekawe, kiedy przyjdzie.
piątek, 21 lutego 2014
Od Eldorado (do Colorado)
Mknąłem galopem przed siebie. Kocham tak pędzić, czując wiatr w grzywie. Biegłem akurat w stronę gór. Uwielbiam się wspinać. Przeważnie trudno mnie wyrwać ze świata Wiatru, ale tym razem było inaczej. Kiedy usłyszałem stukot kopyt, stanąłem od razu.
Ze smutkiem zrezygnowałem z białych, śnieżnych gór i ruszyłem w kierunku odgłosu. Moja intuicja mówiła, że to koń. Nie myliła się. Jednak na widok pasącego się ogiera wyczułem ogromne zdziwienie.
- Colorado, to ty? - spytałem z niedowierzaniem.
Colorado to był koń z mojego starego stada. Nie byliśmy najlepszymi przyjaciółmi, bo był ode mnie o rok starszy, więc trzymał się z rówieśnikami. Jednak nie było między nami żadnych kłótni. Ot, taki znajomy. Ucieszył mnie jego widok. Wystarczyłby obcy koń, a co dopiero znajomy.
Ogier podniósł głowę i chwilę popatrzył na mnie.
- Eldorado? - wyszeptał.
Podbiegłem do niego zadowolony.
- Myślałem, że już Cię nie zobaczę! - zawołałem.
- Ja też... - uśmiechnął się.
- Co robiłeś przez tyle czasu?! - byłem podekscytowany.
- Szukałem koni, a ty?
- Też! Ale mam farta, że Cię znalazłem. - podbiegłem jeszcze bliżej.
- Ha, ha, chyba ja Cię znalazłem. - uśmiechnął się.
Potem spacerowaliśmy długo i gadaliśmy o starych czasach. Na koniec dowiedziałem się, że Colo zakłada stado.
- Oczywiście, że chcę dołączyć! - krzyknąłem zadowolony.
- Heh... - zaśmiał się cicho.
- Oprowadzisz mnie po terenach? Chyba masz jakieś...
- Yyy... Oczywiście. - zmieszał się trochę.
Ze smutkiem zrezygnowałem z białych, śnieżnych gór i ruszyłem w kierunku odgłosu. Moja intuicja mówiła, że to koń. Nie myliła się. Jednak na widok pasącego się ogiera wyczułem ogromne zdziwienie.
- Colorado, to ty? - spytałem z niedowierzaniem.
Colorado to był koń z mojego starego stada. Nie byliśmy najlepszymi przyjaciółmi, bo był ode mnie o rok starszy, więc trzymał się z rówieśnikami. Jednak nie było między nami żadnych kłótni. Ot, taki znajomy. Ucieszył mnie jego widok. Wystarczyłby obcy koń, a co dopiero znajomy.
Ogier podniósł głowę i chwilę popatrzył na mnie.
- Eldorado? - wyszeptał.
Podbiegłem do niego zadowolony.
- Myślałem, że już Cię nie zobaczę! - zawołałem.
- Ja też... - uśmiechnął się.
- Co robiłeś przez tyle czasu?! - byłem podekscytowany.
- Szukałem koni, a ty?
- Też! Ale mam farta, że Cię znalazłem. - podbiegłem jeszcze bliżej.
- Ha, ha, chyba ja Cię znalazłem. - uśmiechnął się.
Potem spacerowaliśmy długo i gadaliśmy o starych czasach. Na koniec dowiedziałem się, że Colo zakłada stado.
- Oczywiście, że chcę dołączyć! - krzyknąłem zadowolony.
- Heh... - zaśmiał się cicho.
- Oprowadzisz mnie po terenach? Chyba masz jakieś...
- Yyy... Oczywiście. - zmieszał się trochę.
Od Colorado
Szedłem sobie, oglądając piękne tereny, gdy nagle zauważyłem małe, ciemne wejście. Niepewnym stępem ruszyłem w kierunku otworu. Z bliska zauważyłem, że korytarzyk jest od środka oświetlony, a wejście wygląda na ciemne i lekko przerażające. Wszedłem do środka i trochę pewniej kłusowałem do przodu.
Na końcu korytarzyka znajdowała się tajemnicza sala. Bylł to średniej wielkości okrąg, otoczony ogrodem z pięknymi roślinami. W podniszczonym murze zauważyłem dwa wejścia. Kiedy doszłem do środka sali, z drugiego wejścia wyłoniły się dwie postacie. Niepewnie się cofnąłem, a gdy zauważyłem dwoje bogów ukłoniłem się.
- Witaj Colorado. - zaczęła Tierra. - Może przejdźmy do rzeczy.
- Damy Ci kilka podarunków. - uśmiechnął się Viento.
Stałem tak dalej, nie wierząc własnym oczom.
- Ode mnie dostaniesz dar Ziemi. Będziesz musiał się nauczyć nim władać. Czy dasz radę? - spytała bogini.
- Chyba tak. - odpowiedziałem niepewnie.
- Od teraz potrafisz powodować trzęsienia ziemi. Na Twój znak ziemia może się rozstąpić, oraz potrafisz naprawić tę pęknięcia. - uśmiechnęła się.
- Ja... ja dziękuję. - za jąkałem się.
Tierra podeszła do mnie i dotknęła skrzydłem mojego grzbietu. Poczułem dziwne drganie, ale za chwile wszystko było w porządku. Kiedy bogini się odsunęła przemówił Pan Wiatru.
- Ja dam Ci moc wiatru. - rzekł Viento. - Wszystkie wiatry tego świata będą Cię słuchać, a także będziesz nadzwyczaj szybki. Do tego świetnie się skradasz, a Twoje kroki są miękkie i ciche, jakbyś galopował po chmurach.
- Dziękuję bardzo, ale... - zacząłem niepewnie.
- Jeszcze nie koniec niespodzianek. - przerwał mi bóg.
- Założysz swoje stado w tej krainie. My będziemy Ci pomagać. - wyjaśniła Tierra. - W zielonym ogrodzie zamieszkają takie oto stworzenia.
Tierra pomachała skrzydłami i przede mną ukazał się mały, kudłaty stworek z dużymi oczkami. Zwierzaczek przedstawił się:
- Jestem Rafiki. Nie mogłem już się doczekać tego spotkania.
Tierra wyjaśniła mi dużo rzeczy, po czym oboje zniknęli. Rafiki jednak ciągle był i wesoło wskoczył mi na grzbiet. Udałem, że nie zauważyłem i szybko wybiegłem z jaskini.
Podobno bogowie mają przyprowadzić do mnie jakiegoś znajomego konia. Ciekawe, kiedy to będzie. Na razie pogalopowałem na prerię. Było to takie piękne i spokojnie miejsce. Skoro mam założyć stado, to nazwę te wszystkie miejsca. Prerię nazwę ''Pustkowiem Smauga''. Nie wiem czemu, ale ta nazwa mi się bardzo podobała.
Na końcu korytarzyka znajdowała się tajemnicza sala. Bylł to średniej wielkości okrąg, otoczony ogrodem z pięknymi roślinami. W podniszczonym murze zauważyłem dwa wejścia. Kiedy doszłem do środka sali, z drugiego wejścia wyłoniły się dwie postacie. Niepewnie się cofnąłem, a gdy zauważyłem dwoje bogów ukłoniłem się.
- Witaj Colorado. - zaczęła Tierra. - Może przejdźmy do rzeczy.
- Damy Ci kilka podarunków. - uśmiechnął się Viento.
Stałem tak dalej, nie wierząc własnym oczom.
- Ode mnie dostaniesz dar Ziemi. Będziesz musiał się nauczyć nim władać. Czy dasz radę? - spytała bogini.
- Chyba tak. - odpowiedziałem niepewnie.
- Od teraz potrafisz powodować trzęsienia ziemi. Na Twój znak ziemia może się rozstąpić, oraz potrafisz naprawić tę pęknięcia. - uśmiechnęła się.
- Ja... ja dziękuję. - za jąkałem się.
Tierra podeszła do mnie i dotknęła skrzydłem mojego grzbietu. Poczułem dziwne drganie, ale za chwile wszystko było w porządku. Kiedy bogini się odsunęła przemówił Pan Wiatru.
- Ja dam Ci moc wiatru. - rzekł Viento. - Wszystkie wiatry tego świata będą Cię słuchać, a także będziesz nadzwyczaj szybki. Do tego świetnie się skradasz, a Twoje kroki są miękkie i ciche, jakbyś galopował po chmurach.
- Dziękuję bardzo, ale... - zacząłem niepewnie.
- Jeszcze nie koniec niespodzianek. - przerwał mi bóg.
- Założysz swoje stado w tej krainie. My będziemy Ci pomagać. - wyjaśniła Tierra. - W zielonym ogrodzie zamieszkają takie oto stworzenia.
Tierra pomachała skrzydłami i przede mną ukazał się mały, kudłaty stworek z dużymi oczkami. Zwierzaczek przedstawił się:
- Jestem Rafiki. Nie mogłem już się doczekać tego spotkania.
Tierra wyjaśniła mi dużo rzeczy, po czym oboje zniknęli. Rafiki jednak ciągle był i wesoło wskoczył mi na grzbiet. Udałem, że nie zauważyłem i szybko wybiegłem z jaskini.
Podobno bogowie mają przyprowadzić do mnie jakiegoś znajomego konia. Ciekawe, kiedy to będzie. Na razie pogalopowałem na prerię. Było to takie piękne i spokojnie miejsce. Skoro mam założyć stado, to nazwę te wszystkie miejsca. Prerię nazwę ''Pustkowiem Smauga''. Nie wiem czemu, ale ta nazwa mi się bardzo podobała.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)