piątek, 21 lutego 2014

Od Eldorado (do Colorado)

Mknąłem galopem przed siebie. Kocham tak pędzić, czując wiatr w grzywie. Biegłem akurat w stronę gór. Uwielbiam się wspinać. Przeważnie trudno mnie wyrwać ze świata Wiatru, ale tym razem było inaczej. Kiedy usłyszałem stukot kopyt, stanąłem od razu.

Ze smutkiem zrezygnowałem z białych, śnieżnych gór i ruszyłem w kierunku odgłosu. Moja intuicja mówiła, że to koń. Nie myliła się. Jednak na widok pasącego się ogiera wyczułem ogromne zdziwienie.

- Colorado, to ty? - spytałem z niedowierzaniem.

Colorado to był koń z mojego starego stada. Nie byliśmy najlepszymi przyjaciółmi, bo był ode mnie o rok starszy, więc trzymał się z rówieśnikami. Jednak nie było między nami żadnych kłótni. Ot, taki znajomy. Ucieszył mnie jego widok. Wystarczyłby obcy koń, a co dopiero znajomy.

Ogier podniósł głowę i chwilę popatrzył na mnie.

- Eldorado? - wyszeptał.

Podbiegłem do niego zadowolony.

- Myślałem, że już Cię nie zobaczę! - zawołałem.
- Ja też... - uśmiechnął się.
- Co robiłeś przez tyle czasu?! - byłem podekscytowany.
- Szukałem koni, a ty?
- Też! Ale mam farta, że Cię znalazłem. - podbiegłem jeszcze bliżej.
- Ha, ha, chyba ja Cię znalazłem. - uśmiechnął się.

Potem spacerowaliśmy długo i gadaliśmy o starych czasach. Na koniec dowiedziałem się, że Colo zakłada stado.

- Oczywiście, że chcę dołączyć! - krzyknąłem zadowolony.
- Heh... - zaśmiał się cicho.
- Oprowadzisz mnie po terenach? Chyba masz jakieś...
- Yyy... Oczywiście. - zmieszał się trochę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz