Wszedłem sobie w drzewa i zacząłem zwiedzać. Spacerowałem coraz dalej i dalej, gdy nagle usłyszałem krzyk Eldo. Wołał mnie, więc zawróciłem.
Zaśmiałem się na widok Eldo i Diosy. Klacz tłumaczyła, że jak jestem daleko, to nie usłyszę wołania, a ogier twierdził, że muszę usłyszeć, bo mówi głośno.
- Gdzie byłeś Colorado? - spytała Dina.
- Spacerowałem sobie wśród drzew. - uśmiechnąłem się lekko.
- Prawda, że słyszałeś moje wołanie? - dopytywał się El.
- Tak, słyszałem.
- Mówiłem! - skoczył z radości.
- Ale... - zacząłem.
- Co ale?!
- Ale jak byłbym daleko, to bym nie usłyszał.
Eldo zrobił się trochę smutny. Postanowiłem go rozweselić:
- Dobrze jednak, że zawołałeś. Gdybyś nie krzyknął, to bym nie przyszedł. Byłem w lesie i nie wiedziałem, gdzie jesteście. Jeszcze byście się zgubili szukając prerii.
Rozchmurzył się trochę po czym dodał:
- Ścigamy się?
- Heh... Spytaj się Diosy. - zaśmiałem się.
- Dina, ścigamy się? - zapytał klaczy.
- Ona to Dina? - zdziwiłem się.
- Od teraz. - oznajmił.
- Ale ja... Ja nie mogę... - odpowiedziała.
- Czemu? - spytał smutnym głosem.
- Ponieważ dostałam od mego ojca prędkość światła i boję się, że jej użyje. Nie umiem nad nią panować.
- No to taki wolny galop, może być? - spytał z nadzieją.
- Postaram się. - uśmiechnęła się.
Mieliśmy już zacząć biec, gdy tu nagle zza górek wyszła klacz. To już drugi raz tego dnia, ktoś nam przerywa wyścig. Heh... Może dołączy...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz